Jeden z moich profesorów zarządzania na SGH opowiadał kiedyś historię o tym, jak ludzie pytają go: „kiedy skończy się kryzys?”. Jego odpowiedź zawsze brzmi tak samo: „wtedy, kiedy przestaniesz o to pytać”. Chociaż w tym zdaniu jest bardzo dużo racji, ja posunąłbym się jeszcze o krok dalej.
Kryzysu proszę Państwa nie ma. W zależności od kierunku spoglądania możliwości są dwie: albo już dawno się skończył, albo też nigdy go nie było. Kryzys wskazuje bowiem na przejściowość – coś się stało, raczej nieprzewidzianego, przez chwilę będzie źle, ale z czasem znowu się odbijemy. My natomiast nie odbiliśmy się. Nie wróciliśmy do stanu „sprzed kryzysu” i raczej się na to nie zanosi.
Z oczywistych względów takie stanowisko nie jest poprawne politycznie. „Niefajnie” jest powiedzieć ludziom: „żyje się Wam gorzej niż kiedyś i powinniście się do tego przyzwyczaić”. Wbrew pozorom nie to stanowi największy problem.
Na rok 2015 spoglądam z niepokojem, którego powodów jest kilka. Po pierwsze nerwowe, niejasne ruchy na wschodzie Europy, coraz poważniejsze zamieszki wywoływane przez islamskich imigrantów. Po drugie, utrzymująca się stagnacja gospodarek Europy Zachodniej i USA, kroki w kierunku socjalizmu (co można wywnioskować chociażby z przywołanego na wstępie wystąpienia Obamy). I po trzecie, rosnące niezadowolenie klasy niskiej i średniej, coraz gorętsza dyskusja na temat rozpiętości dochodów i majątku w społeczeństwie. Nie wiem, czy podążamy w dobrym kierunku ale nawet jeśli, to jak uczy historia, zastępowanie starego porządku nowym, nawet lepszym, rzadko kiedy odbywa się na pokojowej ścieżce.
